ONICO JW Construction MB Motors PLUS ONICO Dworzec Online ONICO Damons Sportowa Warszawa Global Express Robico iTaxi Tramwaje Warszawskie
ONICO ONICO ONICO MB Motors PLUS PLUS Port Praski FIVB Global Express Robico iTaxi Tramwaje Warszawskie Polonus Damons

Andrzej Wrona: Warszawa to moje miejsce na ziemi

Fot. PressFocus
- Wierzę w to, że regularnie będziemy walczyć o najwyższe cele. Chciałbym wreszcie zdobyć tytuł dla swojego miasta i pokazać się w europejskich rozgrywkach - mówi Andrzej Wrona w obszernej rozmowie po podpisaniu nowego kontraktu z ONICO Warszawa.

Maciej Wdowiarski: Gratuluję nowej umowy. Cieszysz się z tego przedłużenia?
Andrzej Wrona: Dzięki. Oczywiście bardzo się cieszę, bo zależało mi na tym, żeby zostać w Warszawie, moim rodzinnym mieście. Pierwszy raz będę występował w jakimś klubie dłużej niż trzy lata i fajnie, że to jest mój dom – tu, gdzie się urodziłem, wychowałem. Myślę, że jestem dużym szczęściarzem, że mogę grać w najwyższej klasie rozgrywkowej i to w tak ważnym dla mnie miejscu.

Przedłużyłeś umowę o dwa lata. Jakie cele stawiasz sobie na ten czas?
Chciałbym, żeby co roku ONICO zdobywało coraz więcej trofeów. Nie tylko w lidze. Żeby udało nam się wygrać mistrzostwo i Puchar Polski. Wierzę w to, że regularnie będziemy walczyć o najwyższe cele. Chciałbym wreszcie zdobyć tytuł dla swojego miasta i pokazać się w europejskich rozgrywkach.

Chciałbyś zostać w Warszawie do końca kariery?
Chyba jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić, ale skoro przedłużyłem kontrakt... To jest moje miasto, mam tu całą rodzinę, wszystkich znajomych, czuję się tu najlepiej na świecie, to moje miejsce na ziemi i nie chciałbym się z niego ruszać. A jeśli jeszcze mogę robić to, co kocham, czyli grać w siatkówkę przed warszawską publicznością, to nie widzę powodu, żeby zmieniać otoczenie. Jeżeli tylko klub będzie chciał mnie widzieć w swoich szeregach, to myślę, że jakoś się dogadamy.

Czujesz się jednym z symboli ONICO?
Symbol to bardzo mocne słowo. Natomiast poza mną nie ma w naszym zespole wielu warszawiaków, więc jeżeli patrzymy pod tym kątem, to na pewno jakimś przedstawicielem stolicy w ONICO jestem.

To jakie są najbardziej wyjątkowe dla ciebie miejsca w Warszawie?
Na pewno Torwar. Nie tylko dlatego, że gramy tu w barwach ONICO, ale też z powodu mojego debiutu w reprezentacji Polski, który miał miejsce właśnie w tej hali, w 2013 roku przeciwko Brazylii, w kadrze Andrei Anastasiego. Wyjątkowym miejscem z pewnością jest Stadion Narodowy, na którym zaczynaliśmy nasz marsz po mistrzostwo świata w 2014 roku. A z prywatnych… Park Saski, bo wychowałem się obok, praktycznie co tydzień byłem na uroczystej zmianie warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza z moim dziadkiem, który walczył w Powstaniu Warszawskim. Mam wytatuowaną syrenkę warszawską na ramieniu, więc bardzo identyfikuję się z miastem. Lubię Bulwary Wiślane latem, Stare Miasto też jest piękne, a najpiękniejsze, kiedy wraz z kibicami Legii można świętować mistrzostwo Polski. I tak mi się po cichu marzy, że jeżeli my byśmy kiedyś zdobyli tytuł, to szalik ONICO – tak jak szalik Legii – zawiśnie na Kolumnie Zygmunta. To by było coś pięknego.

Myślicie o mistrzostwie Polski już w tym sezonie?
Nie myślimy, walczymy o nie. Miejsce w tabeli, nasze wyniki i fakt, że potrafimy wygrać z każdym pokazują, że to jest realne. Będzie bardzo ciężko, ale gdybyśmy o tym nie marzyli, nie byłoby sensu przychodzić na treningi. To jest nasz cel i każdy wierzy, że może się to udać. Dopóki piłka w grze, to wszystko jest możliwe.

Mówiłeś, że chciałbyś powalczyć też o Puchar Polski, tymczasem drugi raz z rzędu odpadacie z niego w półfinale w bardzo podobnych okolicznościach.
Rozmawialiśmy przed meczem z Jastrzębskim Węglem, że jesteśmy mądrzejsi o doświadczenia z zeszłego roku, że na pewno zagramy dużo lepsze spotkanie, niż wtedy z Bełchatowem, ale tak się nie stało. To było wielkie rozczarowanie, zagraliśmy bardzo słabe zawody. Żal jest tym większy, że w lidze można się zrewanżować, zrehabilitować, a w Pucharze przegrywasz i odpadasz. I te porażki bolą najbardziej. Może do trzech razy sztuka? Mam nadzieję, że za rok będziemy mogli tak powiedzieć.

Wracając jeszcze na moment do samej Warszawy - długo czekałeś na to, by znów zapanowała tu taka moda na siatkówkę…
Pamiętam, że kiedy przyjeżdżałem tutaj z PGE Skrą Bełchatów, to na Torwarze więcej kibiców dopingowało naszą drużynę. Na trybunach dużo było żółto-czarnych szalików. Ale teraz, od trzech lat, a po przyjściu Bartka Kurka najbardziej, jest moda na siatkówkę, na kibicowanie ONICO. I cała hala jest biało-granatowa, bo ci ludzie przychodzą dla nas. Każdy chce oczywiście zobaczyć największe gwiazdy siatkówki, mistrzów świata, ale jednak wszyscy tutaj życzą sobie, żebyśmy to my wygrywali. I to jest piękne, bo o to w tym wszystkim chodzi. Parę lat trzeba było, żeby Warszawę nauczyć dopingowania, ale się udało.

Myślisz, że to jest chwilowa sytuacja, czy faktycznie stolica „nauczyła się” siatkówki?
Myślę, że olbrzymim magnesem jest Bartek Kurek, co było widać po jego pierwszych meczach i sprzedaży biletów. Ale mimo to tym czynnikiem, który przyciąga najbardziej, są wyniki i piękna gra zespołu. Jeżeli gramy dobrze i wygrywamy z najlepszymi drużynami, to ludzie będą przychodzili.

Teraz bez fałszywej skromności – widzisz się dziś w TOP 5 polskich środkowych?
Piotrek Nowakowski, Mateusz Bieniek, Kuba Kochanowski, Karol Kłos, Łukasz Wiśniewski… Już wymieniłem pięciu. Nie widzę się więc w tym TOP 5.

Ale po cichu liczysz na powrót do kadry?
Chyba nie. Wydaje mi się, że ten rozpoczęty rok temu projekt wypalił trenerowi. I ciężko będzie starszym zawodnikom, takim jak ja, zmieniać jego koncepcję i dostać się do składu. Jeśli już, to będzie pewnie stawiał na przyszłość, na młodych. Ja naprawdę przestałem liczyć na coś, skupiam się na ciężkiej pracy i dobrej grze w ONICO. Jeżeli selekcjoner stwierdzi po tym sezonie, że tym razem zasłużyłem na powołanie, to będzie mi bardzo miło, ale nie myślę o tym. Ostatni raz z trenerem rozmawiałem przed poprzednim zgrupowaniem, kiedy mi tłumaczył, dlaczego mnie nie powołał. Potem miałem kontakt tylko z kolegami, którzy są w sztabie.

Z kolegami często odwiedzacie szkoły i najmłodszych kibiców. Co od czasów Twojego dzieciństwa zmieniło się w podejściu młodzieży do sportu?
W moich czasach, kiedy ja chodziłem do szkoły, nie trzeba było nikogo specjalnie zachęcać do spędzania czasu na boisku. I tak po szkole spotykaliśmy się tam i graliśmy w piłkę nożną, siatkówkę czy koszykówkę. Teraz jest to bardzo ważna misja nie tylko naszej drużyny, ale wszystkich znanych sportowców, żeby w dobie komputerów, smartfonów, Internetu, motywować te dzieciaki do uprawiania sportu. Właśnie dlatego odwiedzamy szkoły, żeby nakręcać tę koniunkturę.

A jak zaczęła się Twoja przygoda ze sportem?
Moja rodzina od zawsze kochała sport, tata był kiedyś zawodnikiem narciarskim i potem trenerem, ale to trochę inna dyscyplina niż moja (śmiech). Od dziecka po szkole graliśmy w koszykówkę, w tenisa, w piłkę nożną, chodziliśmy na basen, jeździliśmy na rowerach, więc ten sport codziennie był w moim życiu obecny. Gdy uczyłem się w podstawówce na Ursynowie, pewnego dnia przyszedł do nas trener z klubu Metro Warszawa i najwyższym chłopakom proponował pójście na trening siatkarski. Ja poszedłem - to było w 1999 roku - i tak chodzę już 20 lat. Zakochałem się w tym sporcie, najpierw oglądając w telewizji mecz kadry w katowickim Spodku przeciwko Brazylii. A potem sam w tym Spodku mogłem zagrać, więc dziecięce marzenia się spełniły.

To była miłość od pierwszego wejrzenia, pierwszego treningu?
Tak, bardzo mi się spodobał ten sport, atmosfera wokół niego. Trafiłem też na super ludzi w klubie, miałem świetnych kolegów, z którymi przyjaźnimy się do tej pory, więc siatkówka od pierwszego dnia stała się ważnym elementem mojego życia.

Rodzice patrzyli na ciebie surowym okiem i oceniali, czy dawali swobodę w różnych elementach życia czy kariery?
Zawsze wspierali to, co chciałem robić, nigdy mi niczego nie narzucali. Gdy zobaczyli, że kocham siatkówkę i sprawia mi ona olbrzymią frajdę, to płacili za moje treningi, obozy. Mieliśmy różne rozmowy na temat tego, co będę robił w przyszłości, ale nie było nigdy tak, by kazali mi zostawić siatkówkę i skupić się na czymś „poważniejszym”, na studiach, lepszej pracy itd. Nigdy nie było z ich strony żadnej presji. Zawsze miałem dużą swobodę, ale też wsparcie, i w dobrych momentach, i tych ciężkich. To dla mnie bardzo ważne i w dużej mierze właśnie dzięki nim jestem tu, gdzie jestem. A teraz swoimi występami mogę im podziękować za te lata inwestycji czasu i pieniędzy.

Co cię motywuje do jeszcze cięższej pracy – zwycięstwa i pochwały, czy zasłużona krytyka?
Mnie motywuje to, że na nasze mecze przychodzi mnóstwo ludzi, którzy płacą za to, by nas oglądać, by widzieć nasze zwycięstwa. Ja gram dla nich, dla najbliższych i oczywiście chcę, by mój klub wygrywał kolejne trofea, bo przecież gra się po to, żeby zdobywać medale i puchary. Staram się nie osiadać na laurach po triumfach, a po przegranych kiełkuje we mnie sportowa złość i napędza do jeszcze cięższej pracy.

A w jaki sposób odpoczywasz i relaksujesz się poza parkietem?
Jestem towarzyską bestią, uwielbiam spędzać czas ze znajomymi, najbliższymi. Nie lubię odcinać się od świata i zostawać w domu, więc często wychodzę na jakieś kolacje, spotkania. A jak już muszę leżeć na kanapie, to oglądamy z moją dziewczyną seriale albo filmy.

Jesteś chyba bardzo rodzinną osobą, bo wątek rodziców czy dziadka wielokrotnie pojawia się w twoich wypowiedziach i wywiadach…
Jestem bardzo zżyty ze swoimi najbliższymi. Dziadków niestety już nie mam, ale mam super rodzinę, którą bardzo kocham i cieszę się, że mogę dla nich występować na Torwarze, bo wielu z nich przychodzi praktycznie na każdy mecz. Mam świetnego brata, który realizuje się w Londynie i mieszka tam wiele lat. Moje życie prywatne pod tym względem wygląda bardzo dobrze, a dzięki temu życie zawodowe też jest takie, jak bym sobie wymarzył.

Nie męczy cię trochę to, że twoje życie prywatne cieszy się aż tak dużą popularnością w magazynach czy portalach plotkarskich?
Po mistrzostwie świata w 2014 roku stwierdziłem, że wykorzystam swoje pięć minut. Chodziłem wtedy do różnych programów, udzielałem wywiadów w miejscach, w których normalnie nie porusza się raczej tematyki sportowej. Wychodziłem poza ramy siatkówki i teraz płacę cenę tego, że chciałem sprawiać sobie frajdę w taki sposób. Różne media przez to zainteresowały się moją osobą. Dodatkowo teraz też nie jest tajemnicą, że moja dziewczyna to znana osoba, ale ja wrzucam to w koszty popularności. Dopóki nikt nie krzywdzi mnie i moich najbliższych, to stoję z boku i się temu przyglądam, uśmiecham się pod nosem. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał reagować i jakoś się temu przeciwstawiać. Póki co jakoś specjalnie mnie to nie dotyka i mogę skupiać się na tym, co najważniejsze, czyli związku, rodzinie, drużynie i pracy.

W przeszłości doświadczyłeś jakichś sytuacji, które cię zmieniły i wpłynęły na postrzeganie przez ciebie życia?
Oczywiście. Chociażby przyjście trenera do mojej podstawówki zmieniło moje życie, bo pokazało mi drogę, którą podążam od tamtej pory. Kontuzje, które miałem, wzmocniły bardzo mój charakter i nauczyły mnie wiele. Każda porażka sportowa i życiowa wprowadza wiele nauki. Staram się wyciągać wnioski z różnych sytuacji, które mi się przytrafiają. Najgorsze, to popełniać ten sam błąd dwa razy. Ale generalnie niczego w moim życiu bym nie zmienił, nic nie zrobiłbym inaczej, bo wszystko, co się wydarzyło, doprowadziło mnie do momentu, w którym jestem teraz – kiedy jestem szczęśliwym człowiekiem, mam poukładane życie. Doszedłem do takiego wniosku, że wszystko w życiu jest po coś, każde doświadczenie – czy dobre, czy złe – jest ważne, bo buduje cię jako człowieka.

Wizyty w szpitalach, u ciężko chorych dzieci, też budują twój charakter?
To bardzo sprowadza na ziemię. Robię to, żeby sprawić radość dzieciakom, ale też są to przeżycia, które nie pozwalają za bardzo odlecieć. Wydawałoby się czasem, że nasze życie jest super, gramy przy dużej publiczności, interesują się nami media, jesteśmy popularni, ludzie chcą sobie z nami robić zdjęcia, proszą o autografy. Czasem przez to przestaje się doceniać te małe, a najważniejsze rzeczy. Ale te wizyty w szpitalach pozwalają zastanowić się nad tym, co naprawdę w życiu jest ważne, docenić podstawowe wartości. To, że jest się zdrowym, ma się zdrową rodzinę. Dlatego staram się wspierać te dzieciaki, ich rodziców, jak mogę. Przez to, że jestem znany, łatwiej mi dotrzeć do ludzi, zebrać pieniądze, zorganizować jakąś niespodziankę dla dziecka. Staram się to robić, bo uważam, że jest to jedna z wielu misji znanych sportowców. Żeby bezinteresownie sprawiać radość dzieciakom i umilać im ciężką walkę z chorobą.

Jakie emocje towarzyszą takim odwiedzinom?
Nie chodzę tam, by płakać i się nad tymi dziećmi użalać, zresztą to byłaby też ostatnia rzecz, jakiej one same by chciały. Chcę wywoływać uśmiech na ich twarzach, jakoś rozbić monotonię życia szpitalnego, staram się wnieść jak najwięcej pozytywnej energii, żartu, zabawy. Gdy jestem tam, to próbuję cały czas się uśmiechać, nie smucić. Ale nie ukrywam, że gdy wychodzę z takiego oddziału, to musze chwilę ochłonąć, zanim ruszę dalej. Emocje są bardzo skumulowane, smutek siedzi głęboko we mnie, myślę o tym, jak życie jest niesprawiedliwe. Potrzeba chwili, żeby móc wrócić do normalnego funkcjonowania.