Sibiga: Musimy ciągnąć wózek w jedną stronę

Sibiga: Musimy ciągnąć wózek w jedną stronę

– Ludzie przychodzą na mecze i oczekują określonego poziomu sportowego, a to możemy zagwarantować tylko wtedy, gdy zawodnicy są zdrowi i w odpowiedniej formie – mówi nowy trener przygotowania fizycznego ONICO Warszawa, Wojciech Sibiga.

Maciej Prusiński: Po pięciu latach wracasz do stolicy. Trochę się tu pozmieniało…
Wojciech Sibiga: To prawda. Ze „starych” twarzy są tu tylko Damian Wojtaszek, który w międzyczasie grał w Jastrzębiu i Rzeszowie oraz Paweł Mikołajczak, pracujący dziś w strukturach klubu. Po pięciu latach w Gdańsku wracam na stare śmieci, przede mną fajne, duże wyzwanie.

Jest też Piotr Gacek, z którym miałeś okazję pracować na Pomorzu. Był dla ciebie pewnego rodzaju magnesem, który przyciągnął cię z powrotem do Warszawy?
Piotrek namawiał mnie do zmiany. Widział, że w stolicy powstaje fajny projekt, z fajnymi ludźmi i z dużą szansą na dalszy rozwój. Nie ma co ukrywać, że był to dla mnie argument, bo jego nazwisko niesie ze sobą jakość. Chyba wszyscy byliśmy nieco zaskoczeni, gdy Piotrek został prezesem ONICO, jednak dla mnie był to sygnał, że projekt zmierza w dobrą stronę.

Argumentem było też chyba samo miasto, z którym jesteś mocno związany. Będziesz się tu czuł jak w domu?
Tak, zdecydowanie. Wprawdzie nie urodziłem się w Warszawie, ale chodziłem tu do liceum, studiowałem. Łącznie mieszkałem w stolicy przez 12 lat

I tu zaczynałeś też sportową karierę, którą dość szybko postanowiłeś zakończyć.
W Liceum Mistrzostwa Sportowego w Warszawie zacząłem skakać wzwyż. Byłem zawodnikiem Skry Warszawa i to na jej stadion niemal codziennie dojeżdżałem na treningi, więc mam duży sentyment do tego miejsca. Uprawianie sportu kontynuowałem jeszcze przez dwa lata po ukończeniu AWF-u, ale musiałem myśleć o przyszłości, podjąć pracę i się przekwalifikować.

Skąd więc po lekkoatletyce wzięła się w twoim życiu siatkówka?
Zrządzenie losu. Moja obecna żona trenowała siatkówkę w Skrze, później trafiła do Politechniki pod skrzydła pani Joli Doleckiej. Ja w międzyczasie rozpocząłem współpracę z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki jako fizjoterapeuta i w tej roli trafiłem do Politechniki, która poszukiwała kogoś na to stanowisko. Wtedy spodziewałem się, że będzie to raczej przygoda, a w rzeczywistości rozpocząłem poważną pracę. Ze względu na ukończony kierunek studiów zacząłem być odpowiedzialny jednocześnie za fizjoterapię oraz przygotowanie fizyczne i tak to wygląda do dziś.

Jak twoim zdaniem zmieniła się siatkówka na przestrzeni ostatnich pięciu lat?
Co do poziomu sportowego – bardzo trudno to porównać. Co rusz mamy nową generację, do składów dołączają nowi, młodzi zawodnicy. Na pewno zmienia się pod względem organizacyjnym. Dziś ten aspekt jest na dużo wyższym poziomie. Patrząc na całą otoczkę, działania marketingowe czy zaplecza zespołów klubowych i reprezentacyjnych jest duży postęp. Siatkówka jest dziś produktem. Kiedyś liczyli się tylko zawodnicy i to, co na boisku, a z całą resztą – „jakoś to będzie”.

Zapytałem cię o to, bo wydaje mi się, że sporo zmieniło się również w twojej „działce”. Nie tak dawno fizjoterapeuta i trener przygotowania fizycznego to była jedna i ta sama osoba. Dziś podział na dwa stanowiska jest już chyba normą. Z czego to wynika?
Pierwsza sprawa to większa specjalizacja, druga to czas. Liczba meczów, szczególnie, gdy gra się co trzy-cztery dni, nie pozwala jednej osobie wspomóc wszystkich zawodników w odpowiedniej regeneracji. Dlatego też zamierzam blisko współpracować z Robertem Kozłowskim (fizjoterapeuta ONICO Warszawa – przyp. red.), wspierać go swoją wiedzą i umiejętnościami. Taka współpraca na pewno pomoże zminimalizować ryzyko kontuzji.

Z trenerem Antigą rozmawiałeś już o swojej roli i o tym, jakie ma wobec ciebie oczekiwania?
Tak, choć póki co rozmawialiśmy wyłącznie na Skypie. W najbliższych dniach czeka nas dłuższe spotkanie, na którym omówimy szczegóły przygotowań, ale już teraz wiemy, że będą one trwały osiem tygodni. Każdy z zawodników otrzymał program na okres wakacyjny, chcemy, żeby jednocześnie się regenerowali i pozostawali w odpowiedniej formie fizycznej. Osiem tygodni to i dużo, i mało, więc nie możemy pozwolić sobie na żadne braki przed rozpoczęciem sezonu.

To pytanie pewnie słyszałeś już wiele razy, ale jak dużym problemem jest dla ciebie to, że niektórzy będą trenowali osiem tygodni, a inni wrócą ze zgrupowania kadry tydzień przed startem ligi? W dodatku pracując z różnymi trenerami, spędzając na parkiecie mniej lub więcej czasu.
Jest to pewne utrudnienie, dlatego bardzo ważne jest to, jak blisko współpracuje trener przygotowania fizycznego z pierwszym trenerem. Jeśli widzę, że zawodnik jest przemęczony i do pełnej dyspozycji potrzebuje jeszcze dwóch-trzech tygodni, to pierwszy trener to ode mnie usłyszy. Nie zamierzam opowiadać bajek, że w kilka dni doprowadzę do najwyżej formy kogoś, kto chwilę wcześniej wrócił ze zgrupowania kadry i grał co trzy dni. Proces przygotowania, nie tylko siłowego, ale też treningów pomiędzy meczami, trzeba zaplanować mądrze. Czasem trzeba zajęcia skończyć wcześniej, czasem więcej czasu poświęcić na regenerację. Po długim sezonie reprezentacyjnym, zmianach stref czasowych i wielu podróżach, organizm może nie dać znać o zmęczeniu w pierwszych kilku meczach, ale prędzej czy później wpadnie w dołek, a w najgorszym przypadku skończy się to nawet kontuzją.

W Gdańsku miałem dobry kontakt z trenerem Anastasim, wzajemnie sobie ufaliśmy, wspólnie wszystko ustalaliśmy i konsultowaliśmy. Z Treflem zagraliśmy bardzo słaby mecz w Warszawie, przegraliśmy gładko 0:3, ale po tym meczu zaczęliśmy wygrywać dosłownie wszystko, udało nam się odbić. Nie powiem dziś jednak, że to było zaplanowane, że forma miała przyjść po tym spotkaniu. Po prostu gorsze mecze się zdarzają, taki jest sport. Ktoś ma lepszy lub gorszy dzień, czasem masz za krótką ławkę, czasem decydują jeszcze inne, drobne niuanse, które w zawodowym sporcie mają ogromne znaczenie i wpływ na wynik.

Np. żywienie, do którego w siatkówce – w porównaniu z innymi sportami – przywiązuje się nieco mniejszą wagę.
To prawda. Żołądek przed meczem nie może być ciężki, a po meczu posiłek ma ważną funkcję regeneracyjną. Chciałbym, żeby było to kontrolowane przynajmniej w okresie, gdy jesteśmy na wyjazdach. Do tego, że sposób odżywiania jest ważny, będę przekonywał wszystkich zawodników. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w konferencji medycznej, na której przedstawiciele największych klubów piłkarskich, takich jak Liverpool czy Barcelona, podkreślali, że są w stanie wpłynąć na zaledwie 20% posiłków swoich zawodników w ciągu całego roku. Stąd wniosek, że niezwykle ważna jest świadomość i od tego trzeba zacząć. Przykładem dla innych może być Bartek Kwolek, który znacząco zmienił dietę i wyszło mu to na dobre. Żywienie jest sferą, w której możemy jeszcze wiele poprawić.

W twoim fachu często spotykasz się też zapewne z dylematem dotyczącym szczytu formy. Planujesz przygotowania tak, żeby w końcówce sezonu wszyscy byli zdrowi i w pełni sił, a w rzeczywistości liczy się tu i teraz.
Wszystko musi być wyważone, nie można „przegiąć” ani w jedną, ani w drugą stronę. Oczywiście dobra, skuteczna diagnostyka jest ważna, tak samo współpraca z fizjoterapeutą, ale nie możemy nikogo zagłaskać. Nie możemy pozwolić sobie na to, żeby z powodu drobnych rzeczy uciekały nam dwa czy trzy tygodnie przygotowań. Dziś nie stosuje się już takich praktyk jak tydzień wolnego w trakcie sezonu i brak kontroli nad zawodnikiem. Sponsorzy płacą duże pieniądze i mają prawo oczekiwać dobrych wyników. Trenerom i fizjoterapeutom płaci się właśnie po to, żeby wszyscy byli w możliwie najwyższej formie. Musimy mieć tego świadomość. Ludzie przychodzą na mecze, bo chcą oglądać jak najlepszych zawodników, oczekują określonego poziomu sportowego, a to możemy zagwarantować tylko wtedy, gdy zawodnicy są zdrowi i w odpowiedniej formie. Trening nie jest „płaski”, są okresy większych i mniejszych obciążeń, potrzebny jest odpowiedni balans.

Po trenerze Anastasim, o którym już wspomniałeś, czeka cię współpraca ze Stephane’em Antigą. Dwaj wybitni trenerzy, ale charaktery bardzo różne.
Nie jest to dla mnie żaden problem. Współpraca między trenerami musi być otwarta, bez względu na to, czy ktoś jest spokojny, czy bardziej wybuchowy. Liczy się porozumienie, wspólna wizja treningów, przygotowań i dochodzenie do wspólnych wniosków. Po prostu musimy ciągnąć wózek w jedną stronę. Ja należę raczej do osób spokojnych, ale nie obrażam się, gdy ktoś na mnie krzyknie lub powie, że coś zrobiłem źle.

Mówisz, że należysz do osób spokojnych, choć słyszałem, że potrafisz też zadbać o dobrą atmosferę. A to, w dużej grupie sportowców, jest niemniej ważne.
W takiej grupie zwyczajnie niemożliwe jest, żeby wszyscy się ze sobą przyjaźnili. Ale wszyscy muszą się szanować. Powtórzę się: jako grupa jedziemy na jednym wózku. A to, że dobrze żyję z zawodnikami, nie oznacza wcale, że dostają ode mnie więcej luzu i wolną rękę. Jestem tu po to, żeby im pomóc – czy to unikać kontuzji, czy poprawiać formę. Nie zamierzam okazywać żadnej wyższości tylko dlatego, że jestem trenerem i mam nad nimi władzę.

Stawiasz sobie w Warszawie jakiś konkretny cel do osiągnięcia? Za tobą jeden z najlepszych sezonów w karierze.
Pierwszy sezon pracy w Gdańsku to drugie miejsce w PlusLidze, triumf w Pucharze Polski, a do tego jeszcze Superpuchar. Miniony sezon to miejsce trzecie i Puchar Polski, więc nieco gorzej, ale to też był bardzo udany sezon. Wszyscy widzieli w nas czarnego konia, ale poziom ligi był bardzo wysoki i wyrównany. Teraz będzie podobnie, bo kluby cały czas się wzmacniają. Cele na ten sezon? Chcę, żeby zawodnicy byli zdrowi, dobrze się czuli. Czasem tych urazów po prostu nie da się uniknąć – wyrostek robaczkowy czy złamanie palca to coś, czego nie było szans przewidzieć. Szczęście też jest więc potrzebne, ale trzeba mu pomóc.

Fot. Jakub Ćmil